Podróż

Przybyliśmy na warszawskie lotnisko  Okęcie. Po odstaniu w dlugasnej kolejce do odprawy bagażowej i przejściu kontroli bezpieczeństwa i paszportowej dotarliśmy pod bramkę 19N. 

Przez okno zauważyliśmy, że nasz Airbus A320 Qatar Airways już na nas oczekiwał. 

Wejście na pokład odbyło się sprawnie, głównie dzięki pomocy uśmiechniętych, śniadych stewardes.

W samolocie były ekrany umozliwiajsce sledzenie lotu, oglądania filmów, słuchania muzyki i grania w gry. Instruktaż bezpieczenstwa odbywał się na ekranach na podstawie filmu że scenami z różnych stron świata. 





Do dyspozycji pasażera były poduszka, kocyk, słuchawki, pakiet czystości.

Przed startem dzieci otrzymały upominki od Qatar Airways. 


Wystartowaliśmy planowo. Nasz samolot poszybował w górę przy przepięknej pogodzie, umożliwiającej nam podziwianie szachownicy polskiej ziemi.

Podczas lotu nieustannie nas karmiono. Najpierw przystawka z drinkiem, potem bogaty obiad do wyboru (wołowina, kurczak,pasta) z deserem. Po obiedzie kawa i znów słodycze.





Lecieliśmy nad Słowacja, Wegrami, Rumunia, Morzem Czarnym, Turcją, 



Iranem, Zatoką Perska.

Po ok. 5 godzinach lotu ujrzelismy wybrzeże Qataru. 


Samolot okrążył stolice Doha i wylądowaliśmy na Hammad International Airport. Lot trwał 5h 20 min. 



Przy wyjściu z samolotu buchnelo na na nas żarem  jak z piekarnika. Było 43C! (o godz. 16:30). Transport do terminala odbywał się autobusem, który na szczęście był klimatyzowany. Autobus jechał długo, to wjezdzajac pod ziemię, to wyjeżdżając na powierzchnię  W oddali, w przymgleniu widać było wieżowce Doha. 



Terminal lotniska jest ogromny. 

Na lotnisku były ciekawe miejsca zabaw dla dzieci, ogród. 







Po przejściu kontroli bezpieczeństwa zlokalizowalismy nasza Gate do Jakarty: C33. Należało tam dojechać autonomicznym pociągiem (choć można było tam iść pieszo, co zabraloby trochę czasu, którego mieliśmy niestety mało). I tak przybyliśmy pod bramkę prawie "na styk", bowiem boarding rozpoczynal się już na godzinę przed odlotem. 



I nic dziwnego, bowiem znów należało odbyć długa drogę autobusem przez "piekarnik". Podjechaliśmy w końcu pod naszego ogromnego Airbusa A350.


Tu znów sprawne wejście na pokład i znalezienie swoich miejsc. Dzieci znów dostały prezencik. Instruktaz bezpieczeństwa i udogodnienia na ekranie podobnie jak poprzednio. Dodatkowo mogliśmy oglądać start naszego samolotu z kamerki umieszczonej na ogonie samolotu.

Nim wystartowalismy, rzuciliśmy się na grę w Milionerów. 


Wystartowaliśmy planowo (przed nami było 8 h 20 min. lotu), 

samolot skręcił nad Zatokę Perska. 



Niedługo później mijaliśmy Dubaj, 

po czym wlecieliśmy nad Ocean Indyjski. W międzyczasie oczywiście karmiono nas sowicie (3 rodzaje kolacji do wyboru).




Nad Zatoką Arabska mijaliśmy burzę. Potem przelatywalismy nad Indiami, ale wtedy też próbowaliśmy spać. Ok. 24:00 polskiego czasu, ale de facto 5:00 czasu indonezyjskiego pobudka na śniadanie. Były 3 do wyboru. My wzięliśmy na słodko. 


Podczas śniadania, gdzieś w okolicach Nikobarow wpadliśmy w burzę i były solidne turbulencje. Zaczęło świtać i zobaczyliśmy chmury burzowe z rozblyskami. 





Wlecieliśmy nad Ciesnine Malajska. Mijając Malezje i Kuala Lumpur obserwowalismy wschód słońca. 






Minęliśmy Singapur i przekroczyliśmy równik i znaleźliśmy się na półkuli południowej. 



Podchodząc do lądowania w Jakarcie obserwowalismy bajkowe cumulusy i odbicie słońca w wodach Morza Jawajskiego. 






Podchodząc od strony morza ujrzelismy wkrótce liczne statki na redzie, a następnie Jacarte z wieżowcami i... polami ryżowym. 





Samolot usiadł miękko na pasie startowym Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Sukarno. 


Uderzyła nas soczystosc zieleni w przymglonym krajobrazie. 

Choć byliśmy niedospani, nie był to sen: byliśmy na Jawie! 

Wyszliśmy z samolotu przez rękaw, ale czuć było równikowa duchote. 


Pierwszym punktem pobytu było wykupienie wizy. Koszt 35$. To płatność gotówką. Karta 10% drożej. Wizę stanowiła karteczka, jak paragon ze sklepu. Potem byla odprawa paszportowa automatyczna, ale coś z nią było nie tak, bo cześć z nas musiała przej odprawę w okienku. Tu zabrano nam "paragoniki" i wklejono do paszportu podobnej wielkości karteczkę. Co ciekawe, przy odprawie automatycznej "paragonik" zostawal i był problem, żeby go nie zgubić.  W hallu lotniska wymieniliśmy w jedynym tam kantorze dolary na rupie indonezyjskie. Kurs za 1 dolara 16050 rupii, ale tylko w przypadku najnowszych banknotów dolara. Za nieco starsze, to cena 14500. W hallu lotniska było natomiast wiele punktów oferujacych indonezyjskie karty SIM do telefonu, z czego skorzystaliśmy. 

Po  wyjściu na zewnątrz buchnelo na nas gorące i wilgotne powietrze. Otoczenie dworca lotniczego (jak się później okazalo to syndrom całej Jakarty) charakteryzowalo się duża ilością betonu. Na wysokich betonowych podporach przebiegala tam kolejka miejska.

Podłoże stanowił świecący marmur.

Udaliśmy się na parking do autobusu. 

Trzeba było się przyzwyczaić, że wsiada się do niego z innej strony niż u nas (ruch lewostronny). 

Wyjechaliśmy do miasta czteropasmowa aleja z bogatą roślinnością i udaliśmy się do hotelu, który znajdował się w centralnej dzielnicy. 




Komentarze