Wulkan Tangkuban Parahu
Ranek przywitał nas pogodnie. Skierowaliśmy się w kierunku północnym by w ciągu 30 km wdrapać się na szczyt otaczającej Bandung kaldery (która ma 60x40 km) by zobaczyć kratery wulkanu Tangkuban Parahu położonego na wysokości 1800 m npm. i objętego parkiem narodowym. Aktywność wulkaniczna ma miejsce w obrębie szczytów kaldery. Tu przebiega tzw. pacyficzny pierścień ognia. Wulkan wybuchał w latach 1826, 1829, 1842, 1846, 1896, 1910, 1926, 1929, 1952, 1957, 1961, 1965, 1967, 1969, 1983, 2013 i 2019. Wraz z górami Burangrang i Bukit Tunggul jest pozostałością starożytnej góry Sunda po erupcji Plinian, która spowodowała zapadnięcie się kaldery.
Nazwę wulkanu można z grubsza przetłumaczyć jako „przewrócenie łodzi” lub „przewrócona łódź” w języku sundajskim , nawiązując do lokalnej legendy o jej powstaniu. Historia opowiada o Dayang Sumbi, piękności mieszkającej w zachodniej Jawie. Odrzuciła swojego syna Sangkurianga za nieposłuszeństwo i w swoim smutku otrzymała od bogów moc wiecznej młodości. Po wielu latach na wygnaniu Sangkuriang zdecydował się wrócić do swojego domu, długo po tym, jak oboje zapomnieli i nie poznali się. Sangkuriang zakochał się w Dayang Sumbi, swojej matce i planował ją poślubić, ale Dayang Sumbi rozpoznała jego znamię, gdy miał zamiar polować na dzika. Aby zapobiec zawarciu małżeństwa, Dayang Sumbi poprosiła Sangkuriang o zbudowanie tamy na rzece Citarum i zbudowanie dużej łodzi do przepłynięcia rzeki, oba przed wschodem słońca. Sangkuriang medytował i przywoływał mityczne stworzenia podobne do ogrów – buta hejo, aby wykonywały jego rozkazy. Dayang Sumbi zauważyła, że zadania są prawie ukończone i wezwała swoich pracowników do rozłożenia czerwonych jedwabnych tkanin na wschód od miasta, aby sprawiać wrażenie zbliżającego się wschodu słońca. Sangkuriang dał się oszukać i wierząc, że poniósł porażkę, kopnął tamę i niedokończoną łódź, co spowodowało poważne powodzie i utworzenie Tangkuban Perahu z kadłuba łodzi.
Wyjeżdżając z Bandung na rondach najczęściej posadowiono postumenty z tygrysami jawajskimi.
Po drodze były też pomniki związane z niepodległościa.
Jadąc dalej była niska zabudowa z przy domowymi ogródkami. Były też małe rezydencje.
Wkrotce zobaczyliśmy typowe tu uprawy ogrodnicze.
Wyżej pojawiły się pojedyncze sosny, a następnie las sosnowo-lisciasty.
W bramale wjazdowej do Parku Narodowego należało uiscic opłatę.
Przyjechaliśmy na tzw. parking dolny. Tu nastapila przesiadka na busiki.
Co niektórzy zakladali sweterki, bo zrobiło się chłodno. Był wyczuwalny zapach siarkowodoru. Serpentynami pomkneliismy w górę docierając na krawędź Krateru Królowej.
Tu znajdowały się liczne stragany z pamiątkami, stoiska fast-foodów, był nawet meczet.
Można było posłuchać gry na angklung.
Sprzedawano hodowane w okolicy truskawki.
Można było się przemieszczać wzdłuż krawędzi krateru w obie strony by podziwiac w dole krateru unoszące się opary.
Zamiast pieszo, można było wynająć małego konika.
Po drugiej stronie kratery był widok na kaldery Bandung.
Następnie zeszlismy do krateru Domas. Szło się początkowo przez las borówkowy (drzewa 6-7 metrowe, których pnie częściowo były opalone), niżej występowały olbrzymie paprocie.
Zn pni paproci wykonuje się różne przedmioty, np. tygrysy, kubki, wazoniki
Zakupiliśmy taki wazonik z pnia paproci.
Doszliśmy nad kaldere Domas.
Były tu widoki na kaldere, dalej na plantacje herbaty.
Zeszliśmy do krateru Domas. Były tu gejzery i baseniki z gorącą wodą, w której można było moczyć nogi.
Zafunowalismy sobie też masaż błotem wulkanicznym.
Ugotowaliśmy jajko w gejzerze.
Po atrakcjach krateru Domas wracalismy do autobusu przez tropikalny las.
Podzwialismy tu m. in. drzewo Dzamudju, które miało 300 lat i krzew kawy.
Wracając do Bandung zatrzymalismy się na targu owoców, kupując co nieco.
Jadąc do Bandung posuwalismy się na jego przedmieściach w ślimaczym tempie, tkwiąc w korku.
Przyjechaliśmy do Bandung na lunch w hotelu z patio,
w którym była mini wystawa etnograficzna, były ciekawe obrazy.
Jedzenie typowe, z zawijanym w liście bananowe ryżem i zupa o słodkawym smaku.
a deser do kawy smakowały nam chrupki ryżowe o nazwie Kerupuk.
Podczas obiadu lunęlo deszczem tropikalnym i w takim deszczu wracaliśmy do naszego hotelu.
Popołudnie zajęło nam przepakowanie, bowiem jutro udajemy się w 7-godzinną podróż pociągiem, zabierając tylko bagaż podręczny. Nasze walizki pojadą już dziś drogą kołową.
Wieczorem jeszcze wypad na miasto, przeszliśmy pełną zgiełku ulicą Braga, pełnej restauracji i kafejek z muzyką na żywo. Na ulicy i przez lokale przewijał się nie liczony tłum.
Zdegustowaliśmy miejscowy specjał o nazwie siomay - pierożki rybne z warzywami w sosie orzeszkowym - niezłe.







































































































Komentarze
Prześlij komentarz